Dlaczego odpuszczam sobie w grudniu i uwielbiam styczeń

Przełom starego i nowego roku to czas szczególny, ale i wymagający. Dużo zaleceń i oczekiwań. Święta z obowiązkową „magią” i powszechną szczęśliwością. Uporządkowanie spraw, żeby w Nowy Rok wejść z czystym kontem (i sumieniem), a potem hucznie go przywitać podczas szalonej, powtarzam – koniecznie „szalonej” zabawy w Sylwestra. Prawda jest taka, że w Nowy Rok wchodzimy raczej z wyczyszczonym, a nie czystym kontem, a 31 grudnia jesteśmy tak zmęczeni, że nawet nie chce nam się wychodzić z chaty. Ja od ponad piętnastu lat pod koniec listopada wraz z przyrodą wyhamowuję i zapadam w sen zimowy. To mój czas konserwacyjno-naprawczy.

Generalnie jestem osobą pogodną, ruchliwą, mam sporo energii, lubię śmiać się i żartować. I tak jest przez 10 i pół miesiąca.  A pod koniec listopada opatula mnie mrok i wrzuca w nastroje refleksyjne. Kiedyś się tym martwiłam, no bo jak to, taki „radosny czas”, a ja uciekam pod koc? Dzisiaj, o dzięki Ci dojrzałości, uważam, że to Opatrzność nade mną czuwa i pozwala przeczekać ten szalony czas. Moja głowa zamyka się wtedy na większość bodźców z zewnątrz. Na powszechne narzekanie, że ciemno i buro, na okładkowe opowieści celebrytów o tym, jak bardzo kochają Święta i jak będzie cudownie, na konsumpcyjne nagonki podkręcane przez media i centra sklepowe, disco-folkową plejadę Christmas songs na wszystkich częstotliwościach od świtu do nocy i cały ten świąteczny zgiełk. Wycofuję się wtedy do mojej prywatnej Świątyni Dumania. Zaszywam się w ciszy i spokoju i niespecjalnie uczestniczę w tumulcie i pospolitym ruszeniu na zewnątrz.

Wszelkie czynności i obowiązki ograniczam do minimum. Dużo śpię, czytam, oglądam filmy na wideo (nie mam telewizora), do internetu prawie nie wchodzę, znikam z fejsbuka. Medytuję, chodzę na jogę i na basen. Gromadzę w grudniowym worku wszystkie smutki i doły mojego świata i kolektywnie je opłakuję, użalając się nad swoimi niepowodzeniami. To jest dla mnie czas na zwolnienie tempa, wyciszenie, refleksje, oczyszczenie emocji, a nade wszystko na „nic-niemusienie”.

Ktoś może powiedzieć, że to wygodna wymówka, żeby wymigać się od świątecznych obowiązków. Być może, ale być może tak instynktownie działa moja podświadomość, która chroni mnie przed uderzeniem stresu i samoczynnie włącza poduszkę powietrzną. Okres Bożego Narodzenia od lat jest coraz trudniejszy, zwłaszcza dla kobiet. Presja społeczna na perfekcyjne przygotowanie Świąt jest ogromna. Wypada tym wszystkim wymaganiom sprostać, w domu ślicznie, pod choinką pełno, na stole smacznie i elegancko, a Ty droga Pani Domu też masz być piękna, elegancka i promieniejąca szczęściem rodzinnym. I tylko nie zemdlej ze zmęczenia, bo to w złym tonie.

Czytałam artykuł, w którym dziennikarka rozmawia z panią psycholog o swoich Świętach i jak dla mnie był to obraz koszmarny. Autorka jest kobietą ambitną i chce wszystko zrobić „siama”, no jak to nie poradzi sobie? Cóż z tego, że pracuje na pełny etat? Zaprasza na Wigilię całą rodzinę, i tę bliższą i tę dalszą, razem ok. 15 osób. Po kolei odrzuca pomoc męża, nastoletnich dzieci, różnych cioć oferujących przygotowanie dań wigilijnych. Siama! Efekt jest taki, że już kilka dni przed uroczystą kolacją jest nieprzytomna ze stresu i zmęczenia, warczy na domowników, a podczas Wigilii ma ochotę się popłakać i po prostu iść spać. Czy tak właśnie ma wyglądać to rodzinne spotkanie?

Inny wariant to sytuacja, kiedy gospodyni nie może liczyć na pomoc ani domowników ani gości, bo się wykręcają jak mogą, a każdy chętnie przyjdzie na gotowe. Czuje się wtedy osamotniona w rytuale dbania o tradycję, a nie ma w sobie na tyle odwagi, żeby zastrajkować i powiedzieć „Dość! To są też wasze Święta!” I znowu jest kwas, zmęczenie i fałszywe uśmiechy. Szkoda.

Żyjemy w zwariowanych czasach, tempo codzienności (zwłaszcza w dużych miastach) jest ogromne, wszyscy mamy wiele obowiązków i zajęć, ciężko pracujemy, do tego dochodzą niepokoje w kraju i na świecie, nieustanne bębnienie mediów, również społecznościowych i coraz większa  presja konsumpcyjnego modelu „słodkiego, miłego życia”. Kto jest to w stanie wytrzymać? Nic dziwnego, że Boże Narodzenie jest naprawdę trudnym czasem dla wielu osób.

Moja rodzina od lat ma zdroworozsądkowe podejście do Świąt i chwała jej za to. Bez spinki i nadmiaru okolicznościowego heroizmu. Wigilia jest z reguły u mnie, bo dawno już przejęłam pokoleniową pałeczkę od Mamy. Mnie to stawia do pionu i mobilizuje na te kilka dni, a moja kreatywna dusza wyżywa się tworząc dobry nastrój świątecznymi dekoracjami. Dzielimy się obowiązkami kulinarnymi, każda „frakcja” przygotowuje 3 potrawy, w rodzinie nie ma małych dzieci, więc kilka lat temu zrezygnowaliśmy też z prezentów. Początkowo było „głupio”, teraz czujemy ulgę, że i to odpadło, poza tym nie ma problemu z dziesiątym świecznikiem albo nietrafioną książką. Strywializowane Święta? Być może. Ale za to autentycznie spokojne, zdrowe i wesołe. Atmosfera jest świetna, nikt nie pada na twarz, rozmawiamy, śmiejemy się, słuchamy kolęd. I czyż to nie jest najważniejsze?

Dzięki grudniowemu spowolnieniu i wyciszeniu wchodzę w Nowy Rok zregenerowana, z dobrą energią i w świetnym humorze. Styczeń to u mnie z reguły jeden z najlepszych miesięcy w roku i działam jak nakręcona. Detoks od medialnego szumu powoduje, że głowę mam wypoczętą, wyczyszczoną z nadmiaru spamu i nie moich myśli. Mimo, że nie wypisuję sobie list z noworocznymi postanowieniami, mam jasno sprecyzowane plany i wiem, w jakim kierunku chcę iść i co chciałabym rozwijać. Wiadomo, że później z realizacją bywa różnie, ale zawsze coś z tych planów wychodzi. Najważniejsze, że jest optymizm, motywacja i dobre nastawienie.

W Nowym Roku priorytetami są dla mnie zdrowie i otwarte serce. Widzę, że można o siebie dbać, ale mimo wszystko, w wieku 50+ zaczyna coś już w maszynerii szwankować. Dlatego nadal stawiam na dobrą dietę, sporą porcję ruchu i unikanie stresu. Silnymi punktami w moim antykorozyjnym programie jest dystans do rzeczywistości, jak najwięcej dobrego humoru i racjonalne gospodarowanie siłami. Regularny odpoczynek i regeneracja. A nowe przeżycia i spełnianie marzeń, choćby tych najskromniejszych, to najsilniejsze, odmładzające afrodyzjaki dla duszy. Otwarte serce? Zmienia życie. W minionym roku przekonałam się, co to znaczy prawdziwa przyjaźń. Dbajmy o naszych bliskich i przyjaciół, a czasem może nawet o zupełnie obcych ludzi, którzy mogą być w potrzebie. Wykażmy więcej zainteresowania, tolerancji, zrozumienia, akceptacji i zwykłej ludzkiej życzliwości. Jestem pewna, że wprowadza to nową jakość w nasze życie, coś o czym wszyscy marzymy. Zmiękcza serca. Jak happy end w hollywoodzkim filmie.

I tego Wam życzę! Zdrowia i otwartych serc. Życzę Wam dobrego Roku! Dbajmy o siebie baby! O swoje potrzeby i uśmiech na twarzy. Życzę Wam też odwagi do pójścia swoją drogą. Bądźmy królowymi swojego życia. Najwyższy czas.

Share
Napisane przez Nierdzewna