DWA NAJGORSZE SŁOWA ŚWIATA – DIETA I ..

DIETA I ĆWICZENIA. Ćwiczenia i dieta. Czytasz i już mnie nienawidzisz. Ponad połowa światowej populacji nie cierpi tych dwóch słów, a jednocześnie marzy o tym, aby wreszcie coś zrobić ze swoją wagą, figurą i zdrowiem. Tak jak Oscar Wilde, autor genialnych aforyzmów, który napisał w swojej powieści „Portret Doriana Graya”: „Zrobiłbym wszystko, żeby odzyskać młodość, byleby nie trzeba było rano wstawać, ćwiczyć lub zachowywać się w sposób godny szacunku.” Hołdujący również w życiu tym przekonaniom pisarz zmarł w wieku 46 lat.

Czaję się z tym tekstem od dawna i ciągle mi się wydaje, że niezależnie od tego, kiedy o tym napiszę, zawsze będzie to zły moment. W listopadzie o diecie i ruchu? Kiedy coraz ciemniej, wicher i szaruga? Raczej słabo. W grudniu? Kiedy nadciąga przedświąteczny szał, a potem świąteczny wypas? Uuuu! Jeszcze gorzej. A potem styczeń i niby postanowienia noworoczne, ale dzień krótki, zimno, na obiad solidnie, no i kawusia z czymś słodkim na przetrwanie też się należy. Człowiek ciężki, choróbska, prychanie i ogólny pomór, a ja tu chcę o aktywności fizycznej i diecie. Chyba cię kobieto pogięło.

Ale kiedyś muszę wam powiercić dziurę w brzuchu, w udach i biodrach, choć najbardziej w głowie, bo ten temat jest dla mnie ważny. To może TERAZ? Na wiosnę, kiedy wszystko rozkwita, a my budzimy się z letargu i nabieramy rozpędu? Może właśnie teraz, kiedy nie dopina ci się spódnica kupiona kilka miesięcy temu, będziesz chętniejsza, żeby przeczytać ten wpis?

Badania przeprowadzone przez Instytut Żywności i Żywienia wskazują, że 60 proc. mężczyzn i prawie 50 proc. kobiet w Polsce cierpi na nadwagę, otyłych jest u nas 18 proc. mężczyzn i 21 proc. kobiet (dane z marca 2016). Lubimy podjeść, opychamy się bez umiaru, grilliki, piweczko, kawka, ciasteczko, a potem to już rzeczywiście ruszyć się nie chce. Chyba, że do lekarza po kolejne tabletki, bo panie doktorze, i tu boli i tam strzyka, ciśnienie skacze i kolana bolą. Wg statystyk Polacy zużywają najwięcej w Europie tabletek przeciwbólowych i suplementów diety, a tylko 8% z nich jest przepisywanych przez lekarza. No jasne, przecież o wiele łatwiej jest coś łyknąć niż zadbać o zdrowszą dietę, pójść na spacer, kiedy boli głowa, na rower, kiedy trzeszczy w stawach, na jogę lub basen, gdy dokucza kręgosłup. I nie oszukujmy się, takie nadmierne łykanie dla zdrowia obojętne nie jest.

Nie mam zamiaru przytaczać tutaj argumentów, dlaczego odpowiednia dieta i ruch są dla nas dobre, a w niektórych przypadkach wręcz zbawienne. Przeczytacie je w tysiącach artykułów gdzie indziej, obejrzycie dziesiątki programów w TV. I to nie przypadek i nagonka fitness-maniaków. W tym roku po raz pierwszy u podstawy tzw. piramidy żywieniowej znalazł się właśnie ruch, jako czynnik równie ważny dla naszego zdrowia, a zaraz potem warzywa. Uwielbiane przez Polaków mięso dopiero na samym końcu. Kto nie widział takiej piramidy, może zobaczyć tu. I już nawet lekarze rozumieją, że odpowiednim pożywieniem i ziołami możemy pozytywnie oddziaływać na stan naszego zdrowia i to czasem lepiej niż farmakologia. Nie do końca rozumie to jeszcze NFZ, który dyskusje o podniesieniu dziennej stawki żywieniowej uważa za fanaberie i serwuje pacjentom w szpitalach na śniadanie kromkę najtańszego, spulchnionego ulepszaczami chleba i plasterek pasztetowej. I nawet jeśli operacja się uda, to od takiej „diety” można się przekręcić.

Mnie interesuje dlaczego tak mało kobiet 50+ w Polsce uprawia jakąkolwiek formę ruchu i dlaczego, pomimo zmasowanej prozdrowotnej propagandy w mediach, nadal zbyt mało pań domu zwraca uwagę na to, co je ich rodzina i one same? Interesuje mnie DLACZEGO dbałość o nasze ciało w sposób proaktywny to taki duży problem? Dlaczego tak trudno zmienić nawyki żywieniowe albo trochę się poruszać? Oczywiście, sztandarowym argumentem jest brak czasu, zaraz potem przyzwyczajenie, lenistwo, wrodzona niechęć do ruchu, wstyd.

Na fanpejdżu Baby wrzucam od czasu do czasu zachęty do aktywności fizycznej, ale zauważyłam, że te wpisy cieszą się najmniejszym zainteresowaniem. Za to posty o schudnięciu (najlepiej cudownym) mają wiele zwolenniczek. Ja rozumiem, że człowiek jest tak zaprogramowany, że bardzo chętnie robi to, co sprawia mu przyjemność, a dużo mniej chętnie to, co wymaga wysiłku. Ja też nie jestem święta i choć mam dietę opartą głównie o warzywa i kasze, to lubię sobie od czasu do czasu pofolgować i zatopić ząbki w to i owo, napić się wina albo naleweczki własnej roboty. I życie jest piękne. Ale, jak zawsze, najważniejszy w tym wszystkim jest umiar.

Nie jestem ultra-rewolucjonistką, nie namawiam do radykalnych, drakońskich zmian ani umartwiania się na siłę, bo może to mieć wręcz odwrotny skutek ALE proszę, przyjrzyjcie się swoim lodówkom i swoim jadłospisom, czy możecie zredukować mięso na rzecz warzyw, popatrzeć ile chemii jest w tym, co kupujecie, ograniczyć trochę słodycze? No i ruszcie się, błagam. Poczujecie się lepiej i młodziej.

Kiedy w zeszłym roku koleżanka zaprosiła mnie do siebie do domu na lunch, to wyszło trochę głupio, bo oprócz pęczka przywiędłych rzodkiewek i jajek, w jej lodówce nie było NICZEGO, co bym zjadła. Unikam wędlin, bo jak to kiedyś w pewnej reklamie mówiła nieodżałowana Ania Przybylska – „nie chcę się świecić”, tyle tam chemii. Nie jadam białego pieczywa ani serów (to akurat zalecenie lekarza z uwagi na delikatny żołądek), żadnych gotowych dań, sałatek z dziwnymi sosami z masą E, żadnych sztucznie barwionych napojów, ciast i tak dalej i tak dalej. Dziwadło, wiem.

W tej lodówce, oprócz wspomnianych rzodkiewek nie było żadnych warzyw (a to był kwiecień!), żadnych owoców, mimo, że w rodzinie jest nastolatka. Póki co jeszcze szczupła, ale mamusia jak pączuszek, choć bardzo chce schudnąć! A i ciśnienie niebezpiecznie wariuje. Kiedy spytałam czy nie może trochę zmienić dietę i jeść mniej tłusto, a trochę więcej warzyw, to odpowiedziała, że nie, bo tak lubi. A-ha! To co ja mogę powiedzieć?

W podobne osłupienie wprawiła mnie wiadomość, że rodzice walczyli o pozostawienie w szkolnych sklepikach słodyczy, chipsów i coca-coli. To samo uczucie towarzyszy mi, gdy podczas zakupów w supermarkecie widzę ludzi pchających wózki wypełnione po brzegi kaloriami, konserwantami i różnymi ulepszaczami, jakby to, co w siebie pakują nie robiło im większej różnicy. Często słyszę argument, że zdrowa żywność jest droga. Nie przyjmuję tego do wiadomości, bo jeśli zamiast tej góry bylejakości, której połowa i tak pewnie wyląduje w koszu, konsumenci kupowaliby m n i e j, ale za to bardziej wartościowego pożywienia, to finansowo pewnie wyszłoby na to samo. Obalam też argument, że wege jadłospis jest skomplikowany i czasochłonny. Mnie zrobienie obiadu nigdy nie zajmuje dłużej niż godzinę.

Zapytałam kilka koleżanek dlaczego nie ćwiczą. Odpowiedzi standardowe: brak czasu, bo nie mam z kim, nie lubię, nie chce mi się, nie mogę się zebrać, mieszkam pod miastem i w pobliżu nic nie ma. Najciekawsza była jedna odpowiedź: „Dostałam w prezencie na urodziny karnet na jeden miesiąc do super luksusowego kompleksu fitness i SPA, wartość 400 zł [fiu!fiu!]. I chodziłam regularnie, 3 razy w tygodniu, pływałam, ćwiczyłam, saunowałam się. Czułam się bosko. Miesiąc się skończył, mnie na 400 zł nie stać, a do osiedlowego fitnessu [karnet 100 zł] nie chce mi się chodzić.” Hello! Do tej pory nie wierzę w to, co usłyszałam.

Ja sportuję się od dziecka. Mam to szczęście, że rodzice od początku dbali o nasz rozwój fizyczny, rower, narty, łyżwy, pływanie i dziś zarówno ja, jak i moje rodzeństwo nie wyobrażamy sobie życia bez sportu. Ja ćwiczę co najmniej 3 razy w tygodniu, joga, basen, a teraz dodatkowo rower i moja nowa miłość – rolki. Zimą biegówki (jeśli jest śnieg) i łyżwy, do których wróciłam po latach i to była świetna zabawa.

Kiedyś ćwiczyłam karate, aerobik, chodziłam z kijkami, jeździłam na nartach zjazdowych. Musiałam z tego zrezygnować z powodu problemów ze stawami, ale znalazłam sobie inne formy ruchu! I zawsze to zdrowie i dobre samopoczucie są dla mnie głównym motorem. NIGDY schudnięcie. Nie potrzebuję, uważam na to, co jem i nie mam żadnych problemów z wagą.

O diecie i ruchu mogę długo, bo to mój konik i na pewno będę do tego jeszcze wracać, ale na dziś wystarczy. Spróbujcie! I jak zwykle: NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO, ŻEBY ZACZĄĆ! Małymi krokami. Od tego co zrobisz dzisiaj, będzie zależało twoje zdrowie i jakość życia za kilka, kilkanaście lat. Naprawdę warto spróbować.

Tylko czy warto o tym pisać? Przecież niedługo Święta…

Share
Napisane przez Nierdzewna