DZIEŃ KOBIET CZYLI BĄDŹ ZMIANĄ, KTÓREJ PRAGNIESZ

Lubię Dzień Kobiet. Nie przeszkadzają mi prychania, że „kobietą to ja jestem cały rok”, że to scheda komunizmu, tani sposób na to, żeby „docenić”, dać kwiatki, a potem, jak gdyby nigdy nic, szybciutko powrócić do mniej kwiecistej codzienności. Nie szkodzi, dobrze, że jest taki dzień, kiedy świat zwraca na nas uwagę, a my możemy być dumne z naszej kobiecości i zwracać uwagę światu na to, co nas boli.

W Starożytnym Rzymie w pierwszym tygodniu marca obchodzono „Matronalia”, święto związane z początkiem nowego roku, macierzyństwem i płodnością. Mężowie obdarowywali swoje żony prezentami i spełniali ich życzenia. Mnie się podoba! Nigdy dosyć prezentów i spełniania moich życzeń! W czasach nowożytnych historia Dnia Kobiet wiąże się z upamiętnieniem kobiecych strajków, marszów i demonstracji o prawa kobiet na początku XX wieku. A potem z walką o równouprawnienie i ruchami feministycznymi. Ostatnio znowu więcej protestów i ja też, na fali tego nurtu napisałam mini-manifest kobiety dojrzałej, który zamieściłam na fanpejdżu Baby na FB  tutaj. Manifest cieszył się sporą popularnością, co pokazuje, jak żywe są w nas pewne emocje i potrzeby.

A potem wśród wielu 8-marcowych wpisów zobaczyłam jedno hasło, które utkwiło mi w głowie, bo to kwintesencja tego, o czym piszę na moim blogu. „Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie” – Mahatma Gandhi. Dokładnie! Nie wystarczy powiedzieć „chcemy” – działajmy! BĄDŹMY. POKAŻMY SIĘ światu, niech NAS ZOBACZY. Im więcej z nas odważy się przeciwstawić niewidzialności, działać na różnych polach, głośno wyrażać pragnienia i potrzeby oraz dbać o swoje poczucie wartości, tym bardziej damy radę osłabiać stereotypy na nasz temat. Kupą moście panie, kupą!

Nie zauważają nas? Zróbmy coś, żeby zauważyli i nie mam tu na myśli czegoś drastycznego, samospalenia się, mordu na polityku-mizoginie albo pokazania się nago w miejscu publicznym. Chociaż może? jeśli miałoby to służyć sprawie? ;-) Kto ma jeszcze jako takie ciało? – wystąp!

No właśnie, zacznijmy od banału. Od wyglądu. Można polemizować, że to nie jest najważniejsze, że to jest właśnie wbijanie w stereotyp i dyktat atrakcyjności, że nie szata zdobi człowieka, że ważne to, co w środku itd. itp. Nie zgadzam się. Nie ma co podważać pewnych odwiecznych prawd, zawsze czujemy się lepiej, jak dobrze wyglądamy. A jak nas widzą, tak nas piszą. A widzą bardzo często, że kobiety „w pewnym wieku” przestają o siebie dbać. Bo dzieci, bo mąż, dom, samochód, może kot albo pies i wszystko wyżej w hierarchii. A one z szarymi ze zmęczenia twarzami, w tej samej od lat fryzurze, niemodnych ciuchach.

Potwierdzają to stylistki, z którymi rozmawiałam, piszą o tym blogerki modowe 50+. Kiedy chodzę ulicami polskich miast i miasteczek i widuję dojrzałe kobiety, to parafrazując znane powiedzenie: Szarość, widzę szarość! „Więcej światła” zakrzyknął umierający Goethe. A ja zakrzyknę „Więcej koloru!”

Czy założenie barwnego szalika czy apaszki to wybryk, za który sąsiedzi będą cię pokazywali palcami, a ksiądz wyklnie na ambonie za zaprzedanie duszy diabłu? Czy kolorowsze, modniejsze ubranie pozbawi cię skromności i umiaru zalecanego w filozofii „niewypadalności”? Czy zaburzy tę straszną koncepcję „starzenia się z godnością”, której tak nie znoszę za uzdy, które nam narzuca? Dlaczego tak wiele polskich kobiet uniewidzialnia się na własne życzenie? Przecież kolor ożywia, dodaje animuszu, energii, sprawia, że lepiej się czujemy. Nie twierdzę, że mamy wyglądać jak pisanka wielkanocna, ale naprawdę trochę koloru jeszcze nikogo nie zabiło. Moja 76-letnia mama właśnie kupiła sobie różowy paltocik, w którym wygląda świetnie. „Koniec z czarnotą” – krzyknęła i poszła do fryzjera i na paznokcie.

Niech widzą, że działamy, nie rezygnujemy z marzeń, pielęgnujmy nasze zainteresowania, róbmy to, co sprawia nam przyjemność i zapala blask w oczach. Coraz więcej kobiet 50+ działa, organizuje się w kluby aktywności i to jest świetna wiadomość. Tylko w zeszłym tygodniu byłam na dwóch spotkaniach z moimi znajomymi – jedna właśnie wydała książkę, druga miała wernisaż swoich prac malarskich. To inspiruje.

Niech zobaczą nasz uśmiech. Uśmiechajmy się! Nie bądź zrzędliwą, naburmuszoną starą babą! Namawiam do tego bez końca i nigdy nie przestanę. Moja przyjaciółka, której wielką życiową pasją jest malowanie, często podsyła mi linki do różnych zdjęć z malarskich spotkań, wernisaży i plenerów. Na tych fotach jest zawsze w większej grupie, ale to ONA nieodmiennie wpada w oko, bo zawsze jest kolorowa (ostatnio w pięknej czerwonej sukience) i uśmiechnięta od ucha do ucha – i tym się wyróżnia i za to ją kocham! To sprawia, że ją WIDAĆ. Kobietę zadowoloną z życia, która robi to, co dodaje jej energii. I nikt nie patrzy na jej wiek. Uważasz, że nie masz powodów do zadowolenia i uśmiechu? Rozejrzyj się po swoim życiu, na pewno coś znajdziesz. Nadal nic nie widać? Zacznij robić to, co sprawi ci radość. Niemożliwe? Twoje życie jest beznadziejne? To cóż, proponuję lekturę nekrologów, coraz więcej podróżników z naszej półki. Chętnie by się z tobą zamienili.

Masz pretensję do świata, że cię odstawia na boczny tor? Zrób coś, aby wrócić do rozkładu jazdy! Oto historie dwóch kobiet, które po 50-tce zostały zwolnione z pracy. Obie poznałam przez bloga. Ewa z Warszawy, specjalistka od ubezpieczeń. Po nadaremnym wysłaniu dziesiątek CV, zmieniła taktykę. Zapisała się na kurs robienia stron www, a następnie założyła bloga eksperckiego, gdzie publikuje opinie na tematy z branży. Wykorzystuje swoje ogromne doświadczenie i znajomość rynku. Nadal jest „bezrobotna”, ale ma plan na przetrwanie. Właśnie zaczynają się do niej zgłaszać pierwsi klienci, a niedawno została zaproszona na konferencję ubezpieczeniową, gdzie jeden z uczestników powitał ją: „A! To pani prowadzi tego bloga?” Ewa poszła też na studia podyplomowe, a poza tym jeździ na rowerze, pływa i tańczy salsę.

Historię Ewy możesz przeczytać tutaj http://www.zawszeaktywna.pl . Violetta z południa Polski przez 30 lat pracowała w samorządzie lokalnym. Kiedy została zwolniona, początkowo była załamana. Potem wzięła sprawy w swoje ręce. Ona także zapisała się na studia podyplomowe, na zajęcia jeździ do Warszawy, obecnie pisze pracę dyplomową. Zamierza założyć własną firmę i oferować usługi jako specjalista od mediów społecznościowych, adresowane przede wszystkim do organów samorządowych. Bardzo mi się to podoba, bo łamie stereotyp, że kobiety po pięćdziesiątce nie radzą sobie z nowoczesnymi technologiami. Brawo! Violetta również prowadzi bloga, przesympatyczny dziennik codzienności kobiety 50+, na który zaprasza tutaj: http://viollet.pl

Chcesz szacunku? Nie zgadzaj się na to, aby cię lekceważono. Niestety, ale to jak nas traktują inni, bardzo często dzieje się za naszym przyzwoleniem. I to jest najtrudniejszy temat na mojej liście, wynikający z tradycji, kultury patriarchalnej, stylu wychowywania, wpajanego nam posłuszeństwa i grzeczności. W efekcie wiele kobiet boryka się z brakiem pewności siebie, poczuciem wartości i wiary we własne umiejętności czy talenty. I boją się zaprotestować, nie mają siły albo znoszą to i owo dla świętego spokoju. Czas mija, a one są coraz częściej zmęczone, smutne i sfrustrowane. Czują się przygniecione nadmiarem obowiązków, niedocenione. I coraz gorzej o sobie myślą, nie wierzą, że „jest tego warta”, że zasługuje na coś lepszego, że coś może zmienić. Może. I nigdy nie jest na to za późno.

Znajoma (nie mogę podać imienia) długo znosiła przemoc domową męża (werbalną i ekonomiczną), wreszcie powiedziała „dość”, spakowała się i wyjechała do przyjaciółki do innego miasta. Znalazła pracę, usamodzielniła się, odzyskała szacunek do siebie i wiarę, że jeszcze nie wszystko stracone. Schudła, zaczęła o siebie dbać. Już jest po rozwodzie. Wróciła do swojego hobby z młodości, coraz częściej się uśmiecha. Inna znajoma 50+ podjęła wysiłek większego angażowania w prace domowe męża, który do tej pory niewiele się udzielał. A jej zaczyna brakować sił, aby przy bardzo wyczerpującej pracy jeszcze prowadzić dom na wysoki połysk. Jest bardzo zmęczona, popada w stany depresyjne. Wyzwanie jest duże, choć tworzą w sumie zgraną parę. Opór mężowskiej materii jest spory, ale ona wie, że stawką jest jej zdrowie i samopoczucie. I nie ma zamiaru się poddać.

Wiele z moich koleżanek stoi przed podobnym wyzwaniem uświadomienia rodzinie, że po latach silnego zaangażowania w prowadzenie domu i wychowywanie dzieci, oczekują wsparcia i więcej czasu dla siebie, na odpoczynek i własne sprawy. I nie chcą słyszeć, że „matce na stare lata odbiło”, bo zachciewa jej się wyjazdu na obóz jogi. Nie, nie odbiło. Matka też chce pożyć. Po swojemu. Oddała wam najlepsze lata, na pewno chętnie pomoże np. przy wnukach, ale teraz jest znowu jej czas. Na piękne przeżywanie tej trzeciej zmiany. A jeśli rodzina to rozumie, akceptuje i ją wspiera, to tym piękniej! Bo przecież najlepiej razem, we wzajemnym poszanowaniu, prawda?

I tego się trzymajmy!

 

Share
Napisane przez Nierdzewna