JAK DOŻYĆ 90-TKI?

Od razu powiem, że nie wiem, choć bardzo chciałabym wiedzieć, ale tytuł jest chwytliwy.

– A dlaczego chcesz żyć tylko do 90-tki? – pyta przyjaciółka, kiedy jej mówię, o czym piszę. – Dlaczego chcesz odejść tak młodo i mnie zostawić? Moim celem jest setka! Sama mam ją opić?!

Cóż powiedzieć? O wiele łatwiej setkę wypić niż do niej dotrwać. Uwielbiamy z M. śmichy chichy i często żartujemy sobie na różne tematy, podśmiewamy się z naszego wieku i z tego, co w nas skrzypi, zgrzyta i gnie do ziemi. Pojęczymy, powzdychamy i od razu raźniej.

Temat długowieczności fascynuje mnie od dawna i często czytam artykuły na ten temat. Każdy z bohaterów mówi co innego. Jedni żyją jak święci, nie piją, nie palą, dieta, ćwiczenia i modlitwa [Panie zbaw mą duszę, ale to nie dla mnie], inni wręcz odwrotnie, nie żałują sobie niczego i korzystają z przyjemności tego świata. I każdemu co innego pomaga.

Kiedyś naukowcy twierdzili, że to kwestia genów, dzisiaj duży nacisk kładą także na styl życia. Na pierwsze miejsca we wszystkich badaniach wysuwa się odpowiednia dieta i ruch. Niemniej, ostatnio coraz częściej mówi się też o pogodzie ducha i pozytywnym podejściu do świata, jako o równie ważnych czynnikach przedłużających naszą egzystencję na tym ziemskim padole. I o tym dzisiaj.

Krytycy pozytywnego myślenia twierdzą, że takie podejście to naiwność i wypaczanie rzeczywistości, czasem na siłę (bo przecież jest okropna, świat jest zły, ludzie są źli i żyć się nie da, a z uśmiechem to już w ogóle, i co ja tu za herezje wygłaszam). Ano wygłaszam, bo uważam, że pogodnym żyje się lepiej. Mają większy dystans do rzeczywistości, nie przejmują się byle czym i potrafią uśmiechem rozbroić niejedną trudną sytuację. Łatwiej zjednują sobie ludzi i są powszechnie lubiani, bo każdy dobrze czuje się w otoczeniu osoby, która tworzy wokół siebie pogodną aurę. Przy uśmiechniętych ludziach czujemy się pewniej, bezpieczniej i zapominamy o własnych problemach albo dostajemy przypływ energii, żeby stawić im czoło.

No dobrze, ale jak to zrobić, żeby w dzisiejszych niespokojnych czasach mieć pozytywne nastawienie, kiedy wojny, zagrożenie terroryzmem, agresja, niezgoda, hejt, bieda, choroby? Jak być pogodnym, kiedy wokół tyle nieszczęść, konfliktów i przemocy? A może właśnie w takich momentach jeszcze bardziej potrzebujemy uśmiechu i życzliwości?

Ja dużo się śmieję i uśmiecham. Uczciwie zapracowałam na zmarszczki mimiczne pod oczami. Zdarza mi się uśmiechnąć nawet do nieznajomych kobiet w autobusie, zwłaszcza kiedy widzę, że są zmęczone, jakieś takie przygniecione. I one ZAWSZE ten uśmiech odwzajemniają, a ich twarz rozpogadza się, jakby ten drobny przecież gest nagle wszystko zmienił. Bo zmienia. Jestem ujmująco uprzejma wobec hejterów w sieci i nabuzowanych testosteronem łysoli w realu. Uprzejmość ich rozbraja i z tego szoku głupieją, bo mają do czynienia ze zjawiskiem im nieznanym. Jak to? Nie odpowiada agresją na agresję? Od razu miękną i zachowują się inaczej. Serio. Ćwiczyłam wielokrotnie.

Nie zawsze byłam taka uśmiechalska i pozytywnie nastawiona do rzeczywistości. Nauczyłam się tego. Zapewniam, że życie nie zawsze układa mi się według górnych wskazań sinusoidy, ale skupianie się na pozytywach i wiara w to, że rozwaloną układankę da się znowu złożyć pomaga mi wychodzić z zakrętów. Chciałabym podkreślić, że nie jestem tutaj adwokatem szczęśliwości na siłę, sztucznej i na pokaz. Nie! Emocje są emocjami i nie ma co ćwiczyć woskowej twarzy, kiedy wszystko w nas się gotuje, coś nas smuci albo przeraża. Kiedy jestem zła, wyrażam to, kiedy chce mi się płakać, płaczę, ale nade wszystko staram się zachować spokój i nie narzekać. A dobry żart w odpowiednim momencie może zdziałać cuda.

Do napisania tego posta zainspirowały mnie niedawne 90-te urodziny Louise Hay, bo to właśnie jej w dużej mierze zawdzięczam to, jaka dzisiaj jestem. To dzięki niej zrozumiałam, jak ważne jest, żeby pielęgnować ducha, bo od niego wszystko się zaczyna. A jak nam podupadnie, to niestety, kończy.

Louise Hay to jedna z prekursorek pozytywnego myślenia i autorka wielu książek o uzdrawianiu duszy i wzmacnianiu poczucia wartości. Poznałam ją pod koniec lat 1990-ych, kiedy w Polsce ukazały się jej pierwsze książki. Spotkanie z Louise było jak pierwsza miłość, której się nie zapomina, mimo, że potem miało się jeszcze wielu kochanków. Może inni byli lepsi i bardziej wyrafinowani, ale do tego pierwszego ma się zawsze sentyment.

Dzisiaj wszelkiego rodzaju motywatorów i inspiratorów jest na kopy, półki w księgarniach uginają się od poradników na KAŻDY temat, ale 20 lat temu sytuacja wyglądała inaczej. Cały ten motywacyjny biznes dopiero wypuszczał pączki. Ja byłam wtedy w dole porozwodowym, sama z małym dzieckiem, pełna lęków i obaw, jak sobie poradzę. Moje poczucie wartości i pewności siebie sięgało dna. I kupiłam „Poznaj moc, która jest w tobie”. Można się śmiać, że to naiwne, że amerykańskie hip hip hurra, że banały i frazesy, tanie złote myśli  itp., ale bardzo mi ta książka wtedy pomogła i otworzyła oczy na inne podejście do świata. Zwłaszcza w Polsce, gdzie narzekactwo to sport narodowy, a zawiść i obarczanie innych własnymi niepowodzeniami są na porządku dziennym.

Ta znajomość okazała się dla mnie zbawienna i ukształtowała mnie na dalsze życie. Krok po kroku Louise wyciągała mnie na powierzchnię. Nauczyła mnie kochać i szanować siebie, pomimo błędów i wypaczeń, niedoskonałości i wad. Nauczyła mnie jak sobie wybaczać i przede wszystkim JAK WAŻNE SĄ SŁOWA, które wypowiadamy, bo one kształtują nasze postrzeganie świata.

– „Jaką masz śliczną sukienkę!” – mówi ci koleżanka. „Nie tam, stara kieca, niemodna, z dna szafy wyciągnęłam, bo nie mam w czym chodzić” – odpowiadamy z automatu. Koleżanka patrzy i myśli „no tak, chyba rzeczywiście jakaś ramota, czym ja się tu zachwycam”. I już, pozamiatane, serwujemy światu obraz bidy w starej, znoszonej szmacie. Czy to cię uszczęśliwia? Mnie nie. A gdyby tak odpowiedzieć: „A dziękuję! Fajna, prawda? Też mi się bardzo podoba”.  I od razu jakoś jaśniej. Pozytywne spojrzenie na świat nie boli, zatruwanie umysłu negatywizmem jest auto-sabotażem dobrego nastroju i zadowolenia z życia.

Louise nauczyła mnie jeszcze kilku ważnych rzeczy, które stały się filarami mojej filozofii życiowej.  Po pierwsze: brać odpowiedzialność za swoje życie. Za konsekwencje tego, co robię i czego nie robię. Przejęcie odpowiedzialności za moje wybory bardzo mnie wzmocniło. Po drugie doceniać to, co się ma i praktykować wdzięczność – nie zazdrościć innym,  nie narzekać, nie szukać dziury w całym, nie użalać się nad sobą. Nie skupiać się na „nie mam” i „nie jestem”, ale na „mam” i „jestem”. Po trzecie nie pielęgnować urazów i przebaczać. Przebaczanie ma wielką oczyszczającą moc, też coś wiem na ten temat.

To właśnie w książkach Louise Hay po raz pierwszy przeczytałam o odkładaniu się w organizmie złych emocji i jaki fatalny skutek może to mieć na nasze zdrowie, a nawet życie. Cierpimy zwłaszcza my, kobiety, ponieważ mamy zwyczaj troszczyć się o innych, a tak mało o siebie, nie umiemy powiedzieć NIE, przedkładamy dobro innych nad własne, często dla świętego spokoju godzimy się na coś, co nam nie pasuje, tłumimy emocje, zwłaszcza gniew … A potem rak i inne choroby. Wierzę w to z pełnym przekonaniem.

Sama Louise nie miała łatwego życia i całą swoją postawą udowadnia siłę oddziaływania tego, co głosi. W dzieciństwie żyła w biedzie, w wieku 5 lat została zgwałcona przez pijanego sąsiada, w rodzinie doświadczyła przemocy psychicznej i fizycznej ze strony swojego ojczyma. Była wpędzana w poczucie winy i wiecznie krytykowana, czuła się niekochana i nieważna. Zaczęła pracować jako bardzo młoda dziewczyna, w wieku 16 lat zaszła w ciążę, ale oddała dziecko do adopcji; wyszła za mąż i małżeństwo było nawet szczęśliwe, ale po kilku latach mąż odszedł do innej kobiety. W końcu dowiedziała się, że ma raka… I wtedy postanowiła uzdrowić nie tylko swoje ciało, ale i całe życie. O tym, co zrobiła, że znad życiowej krawędzi doszła do wielkiego sukcesu i w wieku 90 lat nadal cieszy się zdrowiem i niezwykłą witalnością można przeczytać w jej książkach.

Piszę dzisiaj tak dużo o Louise, bo jak sama mówi, jej życie nabrało znaczenia dopiero w okolicach 50-tki. Dopiero wtedy zrozumiała, że chce żyć inaczej, z szacunkiem i miłością do siebie. Właśnie w wieku 50 lat Louise Hay napisała swoją pierwszą książkę, kiedy miała 55 lat pokonała strach przed komputerami, kiedy skończyła 60-tkę założyła ekologiczny ogród, który do dziś z zaangażowaniem uprawia i z którego pochodzi większość jej pożywienia.  Wtedy też rozpoczęła swoją przygodę z malarstwem, która trwa do dziś.  W swoim liście z okazji 90-tych urodzin Louise pisze, że „Niektóre rzeczy są nawet lepsze teraz niż w mojej młodości. Moje młodsze lata były wypełnione strachem; moje obecne dni wypełnione są zaufaniem i pewnością siebie. […] … jestem coraz bardziej kreatywna, a moje życie jest cały czas coraz bogatsze i pełniejsze.”

Louise jest ciągle bardzo aktywna i udziela się na wielu frontach. Pod koniec swojego jubileuszowego listu pisze: „Chcę pomóc ci […] uświadomić sobie, że twoje starsze lata mogą być najbardziej satysfakcjonującymi latami twojego życia. […]  Zamiast tylko się starzeć, poddać się i umrzeć, nauczmy się, jak wiele możemy jeszcze do życia wnieść.  Mamy czas, mamy wiedzę i mamy mądrość, aby poruszać się w świecie z miłością i siłą. Wyjdź do świata, zabierz głos i ŻYJ!”

Pozostaje mi tylko przyłączyć się do tego apelu.

Share
Napisane przez Nierdzewna