KINO DLA DOJRZAŁYCH KOBIET 2019

Jestem kinoholiczką. To moja ulubiona używka. Stymuluje, odurza, a czasem niestety usypia. Dopalacze też trzeba umieć dobierać. Uwielbiam oglądać historie, przenosić się w inne światy czy kultury, zerkać w inne dusze. To mnie wzbogaca i poszerza horyzonty. Pozwala wyjść poza czubek własnego nosa i własne podwórko, czasem dociera do emocji, o które bym siebie nie podejrzewała. I jak to bywa z każdym uzależnieniem, kiedy „nie biorę”, to czuję, że czegoś mi brakuje. I tęsknię. Filmem, który w tym roku do tej pory podobał mi się najbardziej jest „Green Book”, zwycięzca Oskara za najlepszy film 2018. A jakie pozycje zgłaszam do konkursu o najlepszy film z dojrzałymi bohaterkami?  Jest ich kilka.

Zabawa, zabawa – to kolejny film Kingi Dębskiej (50 l.) po świetnych „Moich córkach krowach” i sympatycznym „Planie B”. Tym razem tytułowa zabawa jest mało śmieszna, bo rzecz dotyczy nadużywania alkoholu przez trzy kobiety w różnym wieku. To obraz dotkliwy i bez znieczulenia. Skutki są zatrważające, i dla nich samych i dla ich otoczenia. Zwłaszcza w przypadku najstarszej bohaterki, pani doktor (rewelacyjna Dorota Kolak), która po pijaku przystępuje do operacji dziecka. I choć to była wstrząsająca sytuacja, to muszę powiedzieć, że mnie osobiście zabolało ostateczne rozwiązanie dla tej właśnie postaci. Młodsze kobiety dostały wsparcie, „starsza pani” została sama. Czyż to nie jest wymowne?

Planeta singli 3 – trzecia i ostatnia (?) część serii o perypetiach miłosnych pewnej pary. Momentami nawet niezła, a ostrze satyry nie oszczędza nikogo. Ani młodych, ani starych, ani wiejskich ani miejskich, ani odjechanych „trendzia(d)ków (nawet jeśli jest to Bogusław Linda) ani tradycyjnych „wapniaków”. Wspominam o tym filmie z uwagi na dwie postaci dojrzałych kobiet: pewną siebie i wyzwoloną z konwenansów matkę panny młodej (Danuta Stenka) oraz jej przeciwieństwo, dbającą o tradycyjny model rodziny i rolę kobiety matkę pana młodego (dawno niewidziana, a bardzo przeze mnie lubiana Maria Pakulnis). Dużo tam się dzieje, nie będę zdradzała szczegółów, ale najważniejsze, że obie panie wychodzą z tych różnych zawirowań zwycięsko i to w ramach stylu życia, które sobie wybrały. Bardzo mi się to podobało. Można? Można.

Słodki koniec dnia – to jest dla mnie film dość kontrowersyjny. Wiem, że krytycy byli zachwyceni, publiczność chyba trochę mniej. Obraz wabi znanymi nazwiskami (Jacek Borcuch, Szczepan Twardoch, Krystyna Janda, Kasia Smutniak), ale to nie wpływa na jego ocenę. Ja mam z tym filmem problem. Z główną bohaterką też, mimo, że podziwiam jej niezależność, silną osobowość, pozycję, miejsce, gdzie mieszka, status w środowisku. Dojrzała poetka, o uznanym dorobku, chyba nie do końca radzi sobie z przemijaniem, ale o to jej nie „winię”. Mam wrażenie, że utknęła w codzienności swojej stabilizacji i to ją męczy. Niemniej sposób, jaki sobie wybrała na zaburzenie tego spokoju jest dyskusyjny. Punktem kulminacyjnym jest szokujące przemówienie Marii. Rozumiem pobudki twórców filmu dla tego zwrotu akcji, ale mnie one do końca nie przekonały. Zachowanie bohaterki też nie.

Królowa kier – obraz kinematografii duńskiej to mocna pozycja, która wali po głowie tępym narzędziem. Trudno potem dojść do siebie. To był film, który bardzo mi się podobał, pomimo drastycznej fabuły, a może właśnie ze względu na nią. Takie filmy rozrywają trzewia i zostawiają rozległe obrażenia wewnętrzne, ale czasem tak trzeba, żeby zmusić do refleksji. Modna jest dziś postawa dowartościowywania się seksem z dużo młodszym partnerem. Ten obraz pokazuje, że sprawy mogą pójść za daleko. Zachowania bohaterki nie da się w żaden sposób usprawiedliwić, wymowa moralna jest jednoznaczna. I świetnie, że w roli manipulatorki mamy kobietę. Naturalizm scen erotycznych jest porażający, podziwiam duńską gwiazdę Trine Dyrholm za odwagę. Królowa była naga dosłownie i w przenośni i trzeba to głośno powiedzieć.

Pamiątki Claire Darling – tym razem jesteśmy we Francji i spotykamy spadkobierczynię lokalnych bogaczy, która od lat barykaduje się w luksusowej rodzinnej  posiadłości. Pewnego dnia, pod wpływem wizji rychłej śmierci Claire otwiera podwoje twierdzy i wystawia na sprzedaż cuda i cudeńka z rodzinnego majątku. Jak to zwykle bywa, towarzyszą temu wspomnienia z całego życia, które te przedmioty wywołują. Scenariusz był ponoć napisany specjalnie dla divy francuskiego kina Catherine Deneuve. Aktorka bawi się swoją postacią i jej fochami, grymasami, wyniosłym stylem bycia zamożnej starszej damy, ale pokazuje też drugą twarz – kobiety, córki, matki. Dla mnie wątkiem ciekawszym niż sentymentalne przywiązanie do pamiątek całego życia była relacja bohaterki zarówno z  jej matką jak i z własną córką, graną nota bene przez Chiarę Mastroianni, prawdziwą córkę Catherine. Film ma powolne tempo i mnie akurat lekko znudził, ale czytałam recenzje innych widzów i im się ta nieśpieszność i refleksyjność bardzo podobała.

Kobieta idzie na wojnę – to produkcja islandzka, która ma sporo elementów typowych dla  filmów z kraju  gejzerów: niebanalną historię, intrygującą bohaterkę i subtelny humor. Pomieszanie absurdu z satyrą. Chyba tak ludy Północy rekompensują sobie surowe warunki naturalne, w jakich przychodzi im żyć. I właśnie o naturę walczy tytułowa kobieta, 50-letnia Halla. Na co dzień szanowana kierowniczka chóru, po godzinach przeistaczająca się w eko-bojowniczkę, skrzyżowanie Lary Croft i komandosa sił specjalnych. Niby działa w słusznej sprawie, ale metodami mocno dyskusyjnymi. Ja też ich nie pochwalam, ale mimo tego, moją sympatię zdobyła, bo taka postać to nowatorskie podejście do wizerunku dojrzałej kobiety. A jak się okazuje na końcu, każdy twardziel ma miękkie miejsca w sercu i to wzruszyło mnie najbardziej.

Gdzie jesteś Bernadette? – ten film stosunkowo niedawno przemknął przez nasze ekrany i szybko zniknął. A szkoda. W roli głównej Cate Blanchett i jak dla mnie, już to wystarczy, aby pójść do kina. Tak jest i tym razem. Cate błyszczy, choć jej bohaterka nie zabiega o nasze (ani niczyje inne) względy, wręcz przeciwnie. Możemy jej nie polubić, tak jak nie lubią jej matki innych dzieci ze szkoły córki. Bernadette, kiedyś wzięta architektka, żyje w swoim świecie, ten zewnętrzny mniej ją interesuje. Nie integruje się z innymi kobietami, szwankuje też jej związek z wiecznie zapracowanym mężem. Jedyną silniejszą więź ma z nastoletnią córką. Bernadette jest zamożną kobietą, może robić to, co chce i zastanawiamy się, o co jej właściwie chodzi z tą niechęcią do ludzi. Można też się zastanawiać, o co właściwie chodzi w tym filmie. Końcowy manifest Bernadette odpowiada na wszystkie pytania i myślę, że większość dojrzałych kobiet zgodzi się ze słowami, które padają z ekranu. Ja wyszłam z seansu z gorejącymi policzkami.

Gloria – amerykańska wersja chilijskiego oryginału sprzed kilku lat, o którym pisałam tutaj. Producentką i odtwórczynią roli tytułowej jest sama Julianne Moore, ale ponoć to nie pomogło. Ja filmu nie widziałam, ale kilka dziewczyn mówiło, że nudnawe. Pierwowzór wspominam dobrze.

Mamusie bez synusiów – amerykańska komedia, którą już polecałam na Facebooku. Można się uśmiać patrząc w krzywym zwierciadle na poczynania nadopiekuńczych mamusiek. W pełni zgadzam się z zaleceniami: najlepiej zająć się sobą i swoim życiem, a chłopaków wspierać w sposób zdecydowanie mniej inwazyjny. Z pożytkiem dla wszystkich. Do obejrzenia na Netflixie.

W deszczowy dzień w Nowym Jorku – najnowszy film Woody Allena, który rozgrywa się w jego ukochanym mieście i to od razu widać i czuć. Mistrz odzyskuje werwę, a dialogi najlepsze od lat. Wspominam o tym tytule, bo w jednej ze scen pojawia się matka bohatera i kradnie show. Jej 5 minut to perełka. Polecam.

No i cóż? Nadal w mojej ocenie kinematografia zagraniczna lepiej sobie radzi z tematem dojrzałych kobiet i częściej go porusza w fajny sposób. Cierpliwie czekam na przebudzenie naszych twórców.

A mojego Oskara zdobywa… „Gdzie jesteś Bernadette?”

Share
Napisane przez Nierdzewna