Kobiety, bądźcie dla siebie dobre (nie tylko) na wiosnę!

Citius Altius Fortius, co po łacinie znaczy szybciej, wyżej, silniej, to dewiza nowożytnych igrzysk olimpijskich wznowionych w 1896 w Atenach.  Przypomniało mi się to hasło ostatnio, bo mam wrażenie, że współczesne życie coraz bardziej przypomina zmagania olimpijskie.  Szybciej, wyżej, silniej.  My kobiety odczuwamy to szczególnie mocno.  Ilość konkurencji, w których bierzemy udział niedługo przekroczy liczbę dyscyplin uprawianych przez profesjonalnych sportowców.

Większość z nas jest mistrzyniami w różnego rodzaju biegach na czas i z przeszkodami. Skaczemy przez mniejsze i większe płotki, a poprzeczka do skoków coraz wyżej.  Rzucamy (się) na nadmiar zadań, a potem rzutem na taśmę je realizujemy.  Gramy w kosza (z zakupami w supermarkecie) i w siatę (a raczej siaty).  Stajemy na matę do zapasów z codziennością i często wiosłujemy pod prąd w strumieniu absurdów rzeczywistości.    Niektóre z nas dźwigają ciężary nie do udźwignięcia.   Nasze życie jest wielobojem, a hasło „szybciej, wyżej, silniej” towarzyszy nam co dnia.  Aż do wieczornego padnięcia  na mecie.

Zawodowi sportowcy, dużo od nas młodsi i silniejsi, mają do dyspozycji całą armię osób dbających o ich dobrą kondycję i regenerację – masażystów, dietetyków, odnawiaczy biologicznych, lekarzy i najróżniejszej maści asystentów do odgarniania potu z czoła.  A my? Dbamy o całą rodzinę, pieska, kotka, dom. Wiosną robimy porządki w ogrodzie i w szafach. Oddajemy rowery do przeglądu. A kiedy same idziemy na przegląd? Kiedy stosujemy program antykorozyjny, czyścimy, oliwimy, smarujemy? 

Kobiety mają to do siebie, że często nie umieją wypoczywać, a kiedy im się to zdarza, to czują się winne.  Wiadomo, że pracy mamy aż nadto, a w domu NIGDY nie jest tak, że już wszystko jest zrobione, bo na przykład zawsze można jeszcze o północy upiec szarlotkę, żeby było miło.  Tak zostałyśmy wychowane, tak nam wpojono, tego się od nas oczekuje.  Mamy chyba też większe poczucie odpowiedzialności i obowiązku.  I niestety przekonania o własnej „najlepszości”.  Zdawałoby się, że kobiety 50+ stoją na pozycji uprzywilejowanej, że tych obowiązków mniej.  Dzieci odchowane, chłop, jeśli jest, też, kariera w miarę ustabilizowana, można by pomyśleć, że życie bardziej ustabilizowane, a czasu więcej. Ale przecież zachciewa nam się samorealizacji! Rozwijanie zainteresowań, nowe wykształcenie, zmiana zawodu, podróże, spotkania – sama do tego zachęcam, bo wiem, jak to wszystko uskrzydla. I sama to kocham.

Aktywność jest w modzie.  „Żyj pełnią życia!” krzyczą slogany z okładek kolorowych magazynów i amerykańskich poradników. Mam już na to trochę alergię. Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, co to właściwie znaczy.  Czym jest ta pełnia?  Czy jak leżę cały dzień na kanapie z książką albo zaszywam się na kilka dni w głuszy, z daleka od wszystkiego, to jest pełnia czy półpełnia czy może zaledwie ćwierćpełnia?  Albo w ogóle się nie liczy.  Czy czerpie z życia pełnymi garściami moja przyjaciółka żyjąca na wsi, unikająca spotkań towarzyskich i wydarzeń w mieście, a która woli pielęgnować swój ogród, medytować, głaskać koty i czytać, czytać, czytać?  Czy pełnią jest tylko dzień wypełniony od rana do wieczora, począwszy od jogi czy siłowni o 6.00 rano, poprzez pracę, ploty z psiapsiółkami, wyjścia „na kulturę” i nieustanny rozwój osobisty?   Dalekie podróże, atrakcyjne koncerty, nurkowanie wśród krokodyli i skoki ze skały na rowerze ze spadochronem?

Ostatnio często słyszę: „Ja nie umiem wypoczywać” albo „szkoda mi czasu na sen. W grobie się wyśpię”.  Jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia… Tyle, że mam wrażenie, że przy takim podejściu ten grób niebezpiecznie się przybliża. Żyjemy w cywilizacji hiperaktywności i nadpodaży bodźców. Ze wszystkich stron. Pracujemy zawodowo i w domu.  W przeładowany grafik pakujemy coraz więcej zajęć. Do tego jeszcze internet, fejsio… A tam?  Chyba nigdy wcześniej oferta najróżniejszych kursów i warsztatów nie była tak bogata. Szybciej, wyżej, silniej.

Ja sama jestem wielką zwolenniczką aktywności, lubię, jak coś się dzieje, interesują mnie nowości wydawnicze i filmowe, lubię rozwijać swoje zainteresowania, chodzić na warsztaty, zdobywać nową wiedzę lub umiejętności. To wszystko bardzo mnie inspiruje i podkręca energię życiową. Kocham podróże bliższe i dalsze, odkrywanie świata i tego materialnego i tego duchowego, bardzo lubię spotykać się z ludźmi (w realu!) i lubię aktywność fizyczną. Joga, rower, basen, rolki – po kilku dniach bez ruchu czuję się sztywna i oklapnięta. ALE uwielbiam też leniuchować. Nicnierobić.  Wylogować się. Zniknąć. Mieć czas tylko dla siebie i na swoje przyjemności. Uważam, że jest to absolutnie niezbędne dla zachowania zdrowia, nie tylko psychicznego.

Ostatnio ogarnia nas nowy syndrom – WIECZNEGO ZALOGOWANIA. Chcemy być obecni i w realu i w świecie wirtualnym. Chłoniemy strumień wiadomości ze świata. Tysiąc razy dziennie klikamy, żeby być obecnym, czegoś nie przeoczyć, nie wypaść z obiegu. A potem zmęczenie, wypalenie, depresje i różnego rodzaju psychiczne zapaści. Albo dopada nas choroba. I wtedy czy chcemy czy nie chcemy, wyłączamy silnik, choć znam takie, co nawet w chorobie nie zwalniają tempa, nie odwołują spotkań!  Bo muszą, bo trzeba, bo nie mogą zawieść. Niedawno usłyszałam od koleżanki, którą dopadło paskudne przeziębienie: „Ale przynajmniej miałam czas dla siebie i mogłam na spokojnie przemyśleć sporo spraw”. No właśnie, czy musimy aż zachorować, żeby w sposób naturalny wyłączyć się z biegu? Czy dopiero nasz organizm musi przywołać nas do porządku i krzyknąć, że ma już dość?

Gretchen Rubin, autorka świetnej książki „Projekt szczęście”, swoje 12 miesiący w drodze do osiągnięcia szczęścia zaczyna od zdyscyplinowania się, żeby wcześniej chodzić spać. Jest dla niej oczywiste, że wypoczęci mamy więcej energii, mamy lepszy nastrój i podejmujemy lepsze decyzje. Drugą rzeczą, którą robi jest zwiększenie aktywności fizycznej. Już o tym było? A to przepraszam, będzie jeszcze nie raz.

Ta wiosna jest dla mnie wyjątkowa. Rozkwitam. Realizuję swoje marzenia i to jest dużo lepsze niż Geriavit Pharmaton i Redbull razem wzięte.  Ale spełnianie marzeń, choć bardzo przyjemne, to też ciężka praca. To myślenie, planowanie i dziesiątki decyzji, to dodatkowa bardzo długa lista rzeczy, o które trzeba zadbać. To podwójne obciążenie, kiedy pasję łączy się z pracą i innymi obowiązkami. I czuję się ostatnio przemęczona, a efektywność spadła. Dlatego biorę sobie wolne. Będę dla siebie dobra. Nierdzewność zobowiązuje.

 

Share
Napisane przez Nierdzewna