LAB THERAPY – TERAPIA DLA TWOJEJ SKÓRY

Dzisiaj znów o kosmetykach Lirene. O swojej pierwszej przygodzie z tą marką pisałam tutaj. Lirene reklamuje się hasłem „tworzymy innowacyjne formuły dla kobiet” i jest to twierdzenie zgoła nieprzesadzone. Te dziewczyny ciągle wymyślają coś nowego. Sama się o tym przekonałam naocznie i naskórnie kiedy przetestowałam linię LAB THERAPY. Jest to linia kosmetyków zainspirowana profesjonalnymi zabiegami, oparta na kwasach i peptydach stosowanych w gabinetach kosmetycznych. I od razu mówię, że ta seria zasługuje raczej na nazwę KOSMOceutyki, bo do kosmosu coraz bliżej. A do nieba na pewno.

Marka Lirene rozwija się w tempie godnym centrum NASA, a produkty wchodzą na coraz wyższy poziom i to pod każdym względem. Pierwsze, co uderzyło mnie w oczy, kiedy dostałam przesyłkę z LAB THERAPY, to bardzo atrakcyjne wizualnie opakowania. Brawo! Niby marka z niższej półki cenowej, a takiego designu nie powstydziłyby się jej dużo wyżej pozycjonowane konkurentki. Oszczędna estetyka pudełek na mnie osobiście zrobiła bardzo dobre wrażenie, powiało dyskretnym luksusem. Niby to sprawa drugorzędna, może nawet nieistotna, ale mnie akurat kręci, jak na półce w łazience stoi coś ładnego. Lubię sięgać po krem z czegoś, co mnie estetycznie łechce, ponieważ daje mi to poczucie, że o siebie dbam, a to lubię jeszcze bardziej. To sprytny trik i ja się na niego łapię.

Drugie, co mnie już nie tyle uderzyło, co wręcz walnęło po oczach to składniki. Mówi się, że największą dźwignią postępu technologicznego jest przemysł zbrojeniowy. Ja widzę, że pragnienie milionów kobiet, aby wyglądać młodo i pięknie jest równie potężnym kołem zamachowym. Fascynuje mnie jak w branży kosmetycznej co i rusz wynajdują nową broń masowego rażenia. Liposomy, fibroblasty, fosfolipidy, nanotechnologia i czego tam jeszcze nie wymyślą. A wymyślają stale. Laboratoria pracują pełną parą, dziewczyny w Lirene też nie próżnują. Seria LAB THERAPY zawiera składniki, o których się wcześniej użytkowniczkom nie śniło. A już na pewno nie mnie. „Ultrafiller” („profesjonany składnik stosowany w zabiegach do wypełniania zmarszczek. W zmikronizowanej wersji koryguje, wypełnia i wygładza zmarszczki oraz pobudza skórę do produkcji kolagenu, sprzyjając jej odbudowie.”), „Sinaps-Age” („który chroni synapsy przed neurostarzeniem, przywracając zdrową komunikację pomiędzy zakończeniami nerwowymi a fibroblastami. Stymuluje w ten sposób proces odnowy i naprawy mikrouszkodzeń skóry…), FastLift  Complex („bogaty w aminokwasy kompleks napinający, tworzy na powierzchni skóry wielowymiarową mikro-sieć, dając natychmiastowy efekt liftingu. Stymuluje produkcję naturalnego kolagenu, długofalowo odmładzając rysy twarzy”)… technologia transdermal-Q… hmmm… Ponadto mamy tu jeszcze  dobrze już znane masło shea, mniej znane kwasy laktobionowy i szikimowy (dlaczego bardziej nie uważałam na chemii?) stosowane w zabiegach kosmetologicznych, kwas rozmarynowy oraz tajemnicze murunga, które dostarcza skórze naturalną witaminę C w wysokim stężeniu. Uwielbiam czytać ulotki kosmetyczne. Też są kosmiczne. I nie wiem, co bardziej mnie fascynuje, czy lingwistyczna ekwilibrystyka opisów, czy ekscytacja tym, co dany preparat zrobi mojej skórze, a ja obudzę się młodsza, piękniejsza i bardziej rozświetlona. Ta dam!

Linia LAB THERAPY jest dość mocno rozbudowana i odpowiada na różne potrzeby skóry. Nie jest reklamowana jako przeznaczona specyficznie dla kobiet dojrzałych, ale te produkty mają tak bogaty skład, że zaspokajają potrzeby i starszej skóry. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Seria obejmuje cztery podgrupy kremów do różnych zadań specjalnych. Mamy tu bojowników w walce o NAWILŻENIE (bardzo ważne dla skóry dojrzałej!), REWITALIZACJĘ, ANTI-AGING i ODŻYWIENIE. Zobacz sama tu  Ja testowałam produkty ANTI-AGING czyli krem napinająco-odmładzający na dzień (z filtrem SPF 20) i odpowiedni krem stymulująco-naprawczy na noc (dla skóry potrzebującej głębokiej odnowy i wygładzenia). Do tego dwa kremy pod oczy: krem wypełniający zmarszczki mimiczne (Eye Wrinkle Filler 15%) oraz krem rozjaśniająco-wygładzający (Opti Renew 15%), którego zadaniem jest rewitalizacja okolic oczu. W moim pakiecie było jeszcze serum spektakularnie odmładzające (Radical Repair NIGHT THERAPY 10%) do stosowania na noc przed kremem oraz całonocna maska stymulująco-nawadniająca głębokie warstwy skóry (Shiki-Bion Deep Hydrating OVERNIGHT MASK 20%). Ostatnim produktem była Miodowa maska do masażu twarzy (Honey-Linoleique Exclusive Mask) wraz z instrukcją co i jak masować.

Moja ocena. Podśmiałam się powyżej z „cudownych składników”, których działania ja jako laik i tak nie rozumiem. Tak naprawdę zawsze oceniam kremy po tym, na ile zaprzyjaźniają się z moją skórą. Kryteria są dwa: jak czuje się moja twarz po nałożeniu i po całym dniu/nocy. Składniki mogą być najcudowniejszym osiągnięciem kosmetologii albo wynalazkiem z bogatej flory naszej planety („pyłek orchidei z lasów tropikalnych na Borneo”), ale nieraz się zdarzało, że miłości z tego nie było. Samo życie. Do marki Lirene miałam już zaufanie po poprzednim testowaniu, ale w przypadku linii LAB THERAPY mogę jedynie potwierdzić to, co napisałam na początku: ZDECYDOWANIE WYŻSZY POZIOM. Czy wiecie, że IRENA to skrót Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej? I wszystko mi się zgadza! Zaczęłam stosować te kosmetyki w marcu, po zimie i wyraźnie poczułam odnowienie energii mojej skóry. Kremy do twarzy mają bardzo przyjemną, dobrze wyważoną konsystencję. Nie są ani zbyt ciężkie ani za tłuste, świetnie się rozprowadzają i wnikają w skórę. Czułam na twarzy przyjemne dopieszczenie, coś jak pielęgnacyjne tiramisu. Mają bardzo subtelny zapach, co działa komplementarnie na zmysły. Moja skóra pokochała szczególnie krem na dzień za jego miękkość i delikatność. Taką miłość lubimy. Czujemy się wtedy dobrze zaopiekowane.

Z kremów pod oczy lepiej mi podpasował ten na zmarszczki mimiczne, ale dlatego, że ja akurat mam ich dużo. Tym z Was, które nie mają aż takich zmarszczek pod oczami jak ja, lepiej może pasować ten drugi krem – rozjaśniająco-wygładzający z murunga, kwasem rozmarynowym i witaminą c. Dobrze oceniam też działanie nawilżającej maseczki na noc. Mimo, że ja akurat nie przepadam za formą żelową, to muszę przyznać, że rano twarz była wygładzona i w dobrej kondycji. Sprawdzałam to szczypaniem – najlepszym testem na elastyczność skóry. Ale największym hitem z serii LAB THERAPY jest dla mnie ta miodowa maska. Od początku tego roku zaczynam odczuwać skutki wkraczającej menopauzy i bardzo źle sypiam. To niestety widać rano. I wtedy jak nieustraszona wojowniczka i pogromczyni skutków nieprzespanej nocy wkraczała ONA – Honey-Linoleique Exclusive Mask do zadań specjalnych! Masaż robił cuda, sponiewierana twarz odzyskiwała rysy, na które mogłam bez przerażenia spojrzeć w lustro. Ta maska to moja cicha bohaterka ostatnich miesięcy. Naprawdę polecam! Jak i całą serię.

Dlaczego? O dobrym jedzeniu mówi się niebo w gębie, w przypadku kosmetyków LAB THERAPY trzeba napisać: gęba w niebie.

Share
Napisane przez Nierdzewna