MARZENIAMI PIEKŁO JEST WYBRUKOWANE

Z marzeniami, jak z dobrymi chęciami. Chcemy chcemy, a wychodzi tak jak zwykle. I wznosimy oczy ku niebu albo wzruszamy ramionami i zatapiamy się w mniejszych lub większych frustracjach. Niespełnienie to choroba naszych czasów, a większość ludzi to specjaliści de luxe w tej dziedzinie. Kiedy przychodzi kryzys wieku średniego, a z reguły przychodzi, podsumowania bywają okrutne. Widzimy, że życie zweryfikowało młodzieńcze marzenia, a z naszych planów zostały co najwyżej planiki. A bo dziecko, bo rodzina, bo trzeba zarabiać, budować, gromadzić… albo dopada życiowy krach i szybciutka redukcja oczekiwań. Często odkrywamy, że to życie, niby OK, ale jednak jakby nie nasze. Nie ten bilans. Więcej pasywów niż aktywów, a w rubryce „marzenia” jedna wielka kicha. Ale może jeszcze nie za późno, żeby, używając cytatu z filmu Vabank „koło zmieniać, kiszkę pompować, gonić, gonić!”. Marzenia oczywiście.

Pięćdziesiątka i lata późniejsze to bardzo dobry wiek na gonienie za czymś, co nam w duszy gra, a do tej pory dusiło się pod przykrywką rzeczywistości. Dzieci odchowane, uwalnia się sporo czasu i energii. Pora wreszcie ugotować tę zupę i posmakować. Na pewno doda naszemu życiu tak potrzebnego aromatu. Tylko coś z tym kucharzeniem słabo. Kiedy wrzucam na fanpage Baby inspirujące cytaty dotyczące spełniania marzeń właśnie, to lajkom nie ma końca. Zawsze bardzo żywe reakcje, czyli coś jest na rzeczy. Tęsknoty są. Marzenia ciągle jeszcze się tlą, uwierają, szczypią, patrzą na nas oczami kota ze Shreka, a my co? Najczęściej nic.

Powody są różne. Lęk przed podjęciem działania, brak stabilizacji życiowej albo wręcz przeciwnie, wygodna stabilizacja, którą strach ruszyć, problemy rodzinne, finansowe, zdrowotne. Czasem przekonanie, że mnie się „nie należy” albo „już nie warto”. Za to mężowi należy się nowy samochód, choć stary jeszcze całkiem całkiem, a za te pieniądze można by pojechać w wymarzoną podróż. Należy się też dzieciom, studia sfinansować, mieszkanie kupić i najmodniejszy ciuch, niech się biedactwo nie męczy tak jak my. Ja jeszcze pochodzę dziesiąty sezon w płaszczu z poprzedniej epoki. Tak, tak, wiele kobiet przyzwyczaiło się do tego, że marzy „za kogoś”, ale żeby coś dla siebie?

Bardzo lubię powiedzenie „Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia”. Kiedy je pierwszy raz usłyszałam, to jakbym dostała w głowę. Olśnienie! No racja! Nikomu gwiazdka z nieba nie spada. Rybakowi owszem, Złota Rybka wpadła w sieci, ale przecież najpierw wypłynął w morze i te sieci zarzucił. Sama mu do domu nie przypłynęła. Szczęściu trzeba pomagać. A spełnianie marzeń to dawka szczęścia w czystej postaci.

Jestem żywym przykładem tego, że jest to możliwe. Podobnie jak J. i M., które zaczęły malować, jak B., która zmieniła zawód, jak J. i A., które napisały i wydały powieści, jak E., która podróżuje po świecie czy wreszcie jak W., która odważyła się skoczyć na spadochronie. Dla mnie prowadzenie tego bloga to właśnie spełnianie jednego z moich marzeń. Od dziecka lubię pisać, od lat chodzi za mną napisanie powieści. Powinnam była zostać dziennikarką, życie potoczyło się inaczej, ale cały czas tłukła mi się pod czaszką potrzeba zaspakajania kreatywnych ciągot. Myślicie, że się nie bałam? Bałam się jak nie wiem co, pokazać twarz, wystawić moje pisanie na widok publiczny, odsłonić się. Ale pokonałam strach przed krytyką, lęk przed oceną i zrobiłam to.

Pragnienie robienia tego, co mi daje radość, potrzeba karmienia duszy były silniejsze niż lęk. I jest, mam, piszę! Raz gorzej, raz lepiej, nie zawsze mam czas na regularne wpisy, ale coś się dzieje. I co mnie cieszy, blog zyskuje na popularności. A mnie daje sporo satysfakcji i rozwija skrzydła. To mój akumulator. Daje mi energetycznego kopa na co dzień, a w chwilach kryzysowych jest jak lina, po której wychodzę z dołka. Mało tego, zaostrzył mi apetyt na więcej.

W zeszłym roku spełniłam kolejne wielkie marzenie. Zagrałam jako DJ Nierdzewna na after-party Zlotu Latającej Szkoły . Przez pół roku chodziłam na kurs do Alfa DJs Center w Warszawie, gdzie uczyłam się miksowania muzyki na profesjonalnym sprzęcie. Na Adamie, szefie centrum, najmniejszego wrażenia nie zrobiło to, że mam 50 lat i zachciało mi się być DJem, był super, dzięki Adam!  Miałam ogromną tremę przed występem, ale wszystko się udało i zabawa była przednia! Satysfakcja – przeogromna!

W zeszłym roku też przekonałam się, że nie ma co odkładać marzeń „na potem”, bo jednak stajemy się coraz starsi i tego „potem” jest coraz mniej. Przeszłam poważną operację, co mocno zweryfikowało moje podejście. Wiem, że pewnych planów już prawdopodobnie nie zrealizuję i to jeszcze bardziej zmobilizowało mnie do tego, żeby robić to, co się robić da. Postanowiłam, że zacznę TERAZ! Koniec z odkładaniem! I ogłosiłam 2018 rokiem spełniania marzeń. I żeby było jasne, nie planuję nic spektakularnego, żadnego wielkiego halo, nie jadę wchodzić bez tlenu na Mount Everest ani do Puszczy Amazońskiej przejechać się na grzbiecie anakondy. Chcę zrealizować kilka małych pomysłów, które wiem, że sprawią mi wielką radość.

Jedno już odhaczone. Na samym początku roku zrobiłam sobie to zdjęcie (fot.:https://elachabierska.com). Jestem wielką fanką Marylin Monroe, mam w domu jej zdjęcia, plakaty i filmy, niektórzy twierdzą nawet, że jestem do niej podobna. I od dawna chciałam takie zdjęcie mieć, dla żartu, dla śmiechu. I nie wstydzę się, że takie marzenie miałam, ja (niezbyt) poważna pani po pięćdziesiątce. Ani przez sekundę nie pomyślałam, że to głupie i że nie wypada. A teraz gęba mi się cieszy od ucha do ucha, jak na to zdjęcie patrzę.

Woody Allen powiedział „Chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość”. No dobra, opowiem Wam o swoich marzeniach, nawet tych najbardziej od czapy i bardzo proszę, śmiejcie się, ile wlezie. Ja będę śmiała się z razem z Wami, a najgłośniej, jak cokolwiek z tego mi wyjdzie.

  1. Jedno życzenie właśnie spełniłam – zdjęcie a la Marylin
  2. Zostać morsem – o tym marzę od dawna i robię pierwsze kroki w tym kierunku
  3. Napisać powieść – zaczęłam to robić kilka lat temu i zamierzam wreszcie ją skończyć
  4. Występ artystyczny, bo lubię śpiewać (a wiadomo, że „każdy może”) – chętnie coś z repertuaru MM albo coś jazzowego/rockowego…  A może występ taneczny, bo uwielbiam tańczyć…?
  5. Nauczyć się grać na gitarze
  6. Nauczyć się tańczyć tango – bardzo mi się to podoba, jest takie zmysłowe!
  7. Nauczyć się hiszpańskiego i włoskiego, a nie tylko mamma mia i hasta la vista!
  8. Polatać na paralotni, ale z instruktorem, sama nigdy w życiu!
  9. Jeszcze trochę się powłóczyć po świecie: Stambuł, Nowy Jork, Kuba, Spitsbergen, ale to na razie musi poczekać, trudno!
  10. Siedzi też we mnie potrzeba pomagania innym i mam już na to pomysł, wiem co i jak i mam to w planach na ten rok
  11. I wreszcie najbardziej kosmiczny pomysł: wystąpić w talk show Kuby Wojewódzkiego i zmierzyć się z nim w pojedynku na wyszczekany dialog na temat kobiet 50+, a myślę, że nie jest to jego grupa docelowa w żadnej postaci :-) KW nie jest moim idolem i wielokrotnie irytował mnie swoimi wypowiedziami na granicy dobrego smaku, ale rozumiem, że na tym buduje swój showmański image. Nie mogę jednak odmówić mu błyskotliwości i umiejętności werbalnej szermierki – i to właśnie mnie pociąga, bo uwielbiam gierki słowne! Pewnie by wygrał, bo to doświadczony wyjadacz i nie takich jak ja przegadał, ale mam ochotę spróbować! A co!

Jak widać wszystkie te marzenia to PRZEŻYCIA, nic materialnego. Domek z ogródkiem za miastem i robienie na drutach przy kominku to fajna sprawa, ale mnie jednak bardziej ciągnie do przygód i nowych doświadczeń (w przerwie od robienia na drutach).

Wiele kobiet pisze do mnie, że marzy o miłości. To dość abstrakcyjne marzenie i jak je właściwie spełnić? Ale ja wierzę, że realizacja planów  daje energię i błysk w oku, które przyciągają. Każde spełnione marzenie to mini kawałek szczęścia. Nie czekajcie tak jak 80-letnia Paddy z brytyjskiego „Mam talent”, która brawurowym wykonaniem salsy wprawiła w osłupienie jurorów i publiczność. Ona pozwoliła sobie na spełnianie swoich pasji dopiero po odchowaniu dzieci i śmierci męża. Ja nie będę już czekać i Wam radzę robić to samo, bo jak napisał ksiądz Jan Twardowski:

„Mówi się, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale dobrymi wysiłkami wybrukowane jest niebo.”

I tego nieba Wam i sobie życzę.

 

P.S. Jakiś tydzień po opublikowaniu tego posta poszłam z koleżanką spoza Warszawy na lunch do pewnej restauracji. Nie bywam tam, bo to nie moje okolice, ale blisko hotelu, w którym zatrzymała się koleżanka. Jakież było moje zdumienie, kiedy w pewnym momencie wszedł Kuba Wojewódzki i w wielkiej sali wybrał stolik dokładnie naprzeciwko nas! Nie wierzyłam własnym oczom, że to się dzieje. To nie mógł być przypadek! Podeszłam, przedstawiłam się, pokazałam ten wpis i marzenie nr 11.  A co dalej? Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba!

Share
Napisane przez Nierdzewna