Umarł król, niech żyje król! I królowa tego roku. TY!

Czyli dlaczego nie lubię grudnia i uwielbiam styczeń  

Ten tekst przyszedł mi do głowy przypadkiem. Nastał Nowy Rok i zastanawiałam się, o czym by tu napisać z tej jakże prześwietnej okazji. Wypadałoby, myślałam, zrobić jakieś podsumowanie, przedstawić plany, może coś o postanowieniach noworocznych, tak jak robi to większość szanujących się blogerów, ale na samą myśl o tym zrobiło mi się słabo. Zaczęłam pisać inny tekst i nagle słowa same wleciały na klawiaturę.

Przełom starego i nowego roku to czas szczególny, ale i wymagający. Dużo zaleceń i oczekiwań. Święta z obowiązkową „magią”, uporządkowanie spraw, żeby w Nowy Rok wejść z czystym kontem (i sumieniem), a potem hucznie go przywitać podczas szalonej, powtarzam – koniecznie „szalonej” zabawy w Sylwestra. Prawda jest taka, że w Nowy Rok wchodzimy raczej z wyczyszczonym, a nie czystym kontem, a 31 grudnia jesteśmy tak zmęczeni, że nawet nie chce nam się wychodzić z chaty. Ja od ponad piętnastu lat pod koniec listopada wraz z przyrodą wyhamowuję i zapadam w sen zimowy. To mój czas konserwacyjno-naprawczy.

Cierpię na tzw. depresję jesienno-zimową i końcówka roku jest dla mnie trudna. Generalnie jestem osobą pogodną, ruchliwą, mam sporo energii, lubię śmiać się i żartować. I tak jest przez 10 i pół miesiąca.  A pod koniec listopada osuwam się w mrok i to jest poza moją kontrolą.

Mój zimowy blues przyszedł do mnie niespodziewanie wiele lat temu i nie mam pojęcia, skąd się wziął. Tamtej jesieni, kiedy pojawił się po raz pierwszy, byłam w dobrym punkcie życia, właśnie się zakochałam i uszami wychodziły mi różowe bąbelki szczęścia… Nagle, z dnia na dzień stawałam się coraz bardziej osowiała, nic mnie nie cieszyło, popłakiwałam sobie z niewiadomego powodu itd.  Pani psychiatra zrobiła test i diagnoza była jednoznaczna. Przez wiele lat się tego wstydziłam, no bo jak to? Ja? Ta zawsze uśmiechnięta i energiczna? I „magia świąt”, a ja w dole i nie jestem w stanie nawet ubrać choinki? Od kilku lat jednak (dzięki ci dojrzałości!) uważam, że to Opatrzność nade mną czuwa, opatula swoim szalem i pozwala przeczekać ten szalony czas.

Moja głowa zamyka się wtedy na większość bodźców z zewnątrz. Na powszechne narzekanie, że ciemno i buro, na okładkowe opowieści celebrytów o tym, jak bardzo kochają Święta i jak będzie cudownie, na konsumpcyjne nagonki podkręcane przez media i centra sklepowe, disco-folkową plejadę Christmas songs na wszystkich częstotliwościach od świtu do nocy i cały ten świąteczny szał. Udaję się wtedy na wczasy wypoczynkowe do mojej prywatnej Krainy Cieni. Zaszywam się w ciszy i spokoju i niespecjalnie uczestniczę w tumulcie i pospolitym ruszeniu.  Wszelkie czynności i obowiązki ograniczam do minimum. Dużo śpię, czytam, oglądam filmy na wideo (nie mam telewizora), ograniczam internet. Medytuję, chodzę na jogę i na basen. Gromadzę w grudniowym worku wszystkie smutki i doły mojego świata i kolektywnie je opłakuję, użalając się nad swoim nieudacznictwem. To jest dla mnie czas na zwolnienie tempa, refleksję, oczyszczenie emocji, a nade wszystko na „nic-niemusienie”.

Ktoś może powiedzieć, że to wygodna wymówka, żeby wymigać się od świątecznych obowiązków. Być może, ale być może tak instynktownie działa moja podświadomość, która chroni mnie przed uderzeniem stresu i samoczynnie włącza poduszkę powietrzną. Okres Bożego Narodzenia od lat jest coraz trudniejszy, zwłaszcza dla kobiet. Presja społeczna na perfekcyjne przygotowanie Świąt jest ogromna. Wypada tym wszystkim wymaganiom sprostać, w domu ślicznie, pod choinką pełno, na stole smacznie i elegancko, a Ty droga Pani Domu też masz być piękna, elegancka i promieniejąca szczęściem rodzinnym. I tylko nie zemdlej ze zmęczenia, bo to w złym tonie.

Czytałam artykuł, w którym dziennikarka rozmawia z panią psycholog o swoich Świętach i jak dla mnie był to obraz koszmarny. Autorka jest kobietą ambitną i chce wszystko zrobić „siama”, no jak to nie poradzi sobie? Cóż z tego, że pracuje na pełny etat? Zaprasza na Wigilię całą rodzinę, i tę bliższą i tę dalszą, razem ok. 15 osób. Po kolei odrzuca pomoc męża, nastoletnich dzieci, różnych cioć oferujących przygotowanie dań wigilijnych. Siama! Efekt jest taki, że już kilka dni przed uroczystą kolacją jest nieprzytomna ze stresu i zmęczenia, warczy na domowników, a podczas Wigilii ma ochotę się popłakać i po prostu iść spać.

Czy tak właśnie ma wyglądać to rodzinne spotkanie? Inny wariant to sytuacja, kiedy gospodyni nie może liczyć na pomoc ani domowników ani gości, bo się wykręcają jak mogą, a każdy chętnie przyjdzie na gotowe. Czuje się wtedy osamotniona w rytuale dbania o tradycję, a nie ma w sobie na tyle odwagi, żeby zastrajkować i powiedzieć „Dość! To są też wasze Święta!” I znowu jest kwas, zmęczenie i fałszywe uśmiechy. Szkoda.

Żyjemy w zwariowanych czasach, tempo codzienności (zwłaszcza w dużych miastach) jest ogromne, wszyscy mamy wiele obowiązków i zajęć, ciężko pracujemy, do tego dochodzą niepokoje w kraju i na świecie, nieustanne bębnienie mediów, również społecznościowych i coraz większa  presja konsumpcyjnego modelu „słodkiego, miłego życia”. Kto jest to w stanie wytrzymać? Moja rodzina od lat ma zdroworozsądkowe podejście do Świąt i chwała jej za to. Bez spinki i nadmiaru okolicznościowego heroizmu.

Wigilia jest z reguły u mnie, bo dawno już przejęłam pokoleniową pałeczkę od Mamy. Mnie to stawia do pionu i mobilizuje, a poza tym lubię stwarzać dobry nastrój i świąteczne dekorowanie domu. Dzielimy się obowiązkami kulinarnymi, każda „frakcja” przygotowuje 3 potrawy, w rodzinie nie ma małych dzieci, więc kilka lat temu zrezygnowaliśmy też z prezentów. Początkowo było „głupio”, teraz czujemy ulgę, że i to odpadło, poza tym nie ma problemu z dziesiątym świecznikiem albo nietrafioną książką. Atmosfera jest dobra, nikt nie pada na twarz, rozmawiamy, słuchamy kolęd.  I czyż to nie jest najważniejsze?

Napisałam, że mój grudniowy stan obniżonego nastroju i wyłączenia się z rzeczywistości w jakimś sensie jest dla mnie dobry, mimo, że bywa nieprzyjemny. Na pewno bardzo mnie wycisza, daje odpocząć, a dzięki akumulacji dołów w tym okresie, właściwie nie doświadczam ich już przez resztę roku. Opłakuję swoje smuteczki raz a dobrze i potem mam spokój. To jest bardzo oczyszczające doświadczenie. Mój czas mroku mija jak ręką odjął 1 stycznia, a ja wchodzę w Nowy Rok naładowana energią i w bardzo dobrym humorze. Styczeń to u mnie z reguły jeden z najlepszych miesięcy w roku i działam jak nakręcona.

Zdecydowałam się na taką treść tego posta, żeby opowiedzieć o moich trudniejszych momentach i to w okresie powszechnie obowiązującej radości, o przyzwoleniu na bycie w gorszej formie, akceptacji własnej słabości, akceptacji bycia nieperfekcyjną panią domu i nieogarniania rzeczywistości, która nas przerasta. Chciałam też napisać o odwadze nieulegania różnym oczekiwaniom społecznym, zwłaszcza wobec nas kobiet i o niezgrywaniu się na bohaterkę dnia codziennego, jeśli jest to ponad nasze siły.

My kobiety 50+ powinnyśmy coraz bardziej dbać o swoje zdrowie, bo właśnie w tym wieku często pojawiają się pierwsze dolegliwości. Wiadomo, że stres jest jednym z głównych czynników odpowiedzialnych za wszelkie choroby. Trzeba pozwolić sobie na regularny odpoczynek i regenerację. I lepiej, aby mimo wszystko obywało się to bez depresji, nawet sezonowej.

Życzę Wam dobrego Roku! Dbajmy o siebie baby! Bądźmy królowymi swojego życia. Nierdzewność nas o to prosi.

Share
Napisane przez Nierdzewna