OPTOMETRYSTA PRAWDĘ CI POWIE

W ramach ogólnopolskiej kampanii Czas na wzrok 40+, której jestem Ambasadorką, zostałam zaproszona do zbadania wzroku w jednym z warszawskich salonów optycznych. Pani optometrystka (pamiętacie to szalone słowo? Pisałam o nim tu) zabrała mnie do pokoiku na zapleczu, gdzie od razu rzuciła mi się w oczy dziwna machina. Nie jestem przyzwyczajona do nowoczesnego sprzętu medycznego, nie przepadam za badaniami i wszelkie takie ustrojstwa wzbudzają we mnie niepokój. Pani prosi, abym usiadła na krześle z podpórką na nogi. Po lewej stoi to dziwne urządzenie, po prawej walizeczka z jakimiś dynksami. Ha! Od razu skojarzenie: film „Maratończyk” i Laurence Olivier, dentysta sadysta pochylający się z borowidłem nad Dustinem Hoffmanem i pytający; „Czy to bezpieczne?” Ja też siebie pytam, czy to bezpieczne, kiedy widzę Blond Anioła nachylającego się nade mną z poleceniem „proszę włożyć głowę w tę ramkę i przybliżyć twarz do ekranu”.

Co mi robili i dlaczego

Posłusznie robię to, o co mnie proszą. To urządzenie to autorefraktometr marki Essilor, który bada wartości refrakcji, czyli jak podaje Wikipedia: „mocy łamiącej układu optycznego, w stosunku do długości gałki ocznej oraz akomodacji oka”. Dla osoby, która do dziś nie rozumie, jak działa telewizja, jest to niewiele mówiące wyjaśnienie. Okazuje się, mówiąc po ludzku, że wadami refrakcji są np. krótkowzroczność i dalekowzroczność. OK. Dostaję wydruk na każde oko. Niestety, przez ostatnie 3 lata mój wzrok się pogorszył i to prawie o dioptrię przy widzeniu z dali i, co jest dla mnie niespodzianką, również w wartościach patrzenia z bliży. Jestem Prezbiopem! Początkującym, ale zawsze! Potwierdza się to, o czym nie wiedziałam, a co pisałam w poprzednim artykule – wzrok trzeba badać raz na rok! Po chwili pani optometrystka odsuwa ode mnie machinę, uff! Przeżyłam. Teraz badania dodatkowe, żeby wyeliminować tzw. przekorygowanie i nie dobrać zbyt mocnych soczewek. Służy do tego zabawa w czerwone-zielone, czyli test odczytywania cyferek na tablicy podzielonej na strefę zieloną i czerwoną. Test ten pomaga dobrać właściwe wartości soczewek. Potem test na astygmatyzm z tablicą wyglądającą jak tarcza zegara z promieniami słońca w środku. „Oblałam”. Nie mam. Jeszcze tylko ostatni element – badanie rozstawienia źrenic – dla każdego oka osobno i już, mogę odmaszerować do salonu, żeby dobrać sobie oprawki.

Big Brother w salonie

Oprawki do okularów progresywnych nie mogą być za małe, ponieważ soczewki podzielone są na 3  strefy i to wszystko musi się zmieścić. Górna część służy do widzenia z dali, środkowa jest do odległości pośrednich, a część dolna do bliży. 33 milimetry to minimalna wysokość. Im mniejsze oprawki, tym więcej bliży się ucina. Pani optometrystka zakłada mi na głowę coś w rodzaju okularów. To tzw. visio office – nowoczesne urządzenie pomiarowe firmy Essilor działające w technologii 3D (oko-soczewka-oprawa), dzięki któremu można stworzyć soczewkę „na miarę” i zapewnić jeszcze lepszy komfort widzenia. Podobno te „okularki” to taki tajny agent dla optyków. Badają nie tylko to, które oko jest dominujące, jaka jest odpowiednia odległość do czytania, jak leży oprawa, ALE TEŻ osobowość, temperament i wzorce zachowania pacjenta. I jak tu wybrnąć z tej sytuacji? Z jednej strony chcę, żeby wyszło jak najlepiej, żeby wiedzieli, że ruchliwe ze mnie stworzenie, ale jednocześnie nie chcę, aby wyszły na jaw wszystkie moje tajemnice. Nie dość, że google, Facebook i inne szpiegi chcą wiedzieć o mnie jak najwięcej, to salon optyczny też?! O tempora, o mores! Badanie dobiega końca, w moim przypadku trwało długo (ile tej wiedzy o mnie wyciągnęli?), ponieważ mam różne wartości na każdym oku i trzeba było dobrać bardziej spersonalizowaną konstrukcję. Jak? Nie pytajcie? Ja to tylko nosiłam na twarzy, a wszystko samo się mierzyło.

Dobór oprawek

Wreszcie ruszam w regały. Wybór jest spory, same znane marki, szanele, prady itepe. Ja akurat nie dobieram oprawek z uwagi na znaną nazwę, tylko pod kątem kształtu i koloru i czy do mnie pasują. No, ale skoro już organizatorzy akcji łechcą mi snobistyczną część mojej osobowości, to skorzystam, a co mi tam. Zakładam i zdejmuję około dwudziestu oprawek i powoli mam dosyć. Trochę boli mnie głowa po tych wszystkich badaniach i sama już nie wiem, co widzę, zwłaszcza, że przecież nie widzę najlepiej bez okularów! Do akcji wkracza Blond Anioł czyli pani optometrystka. I co fachowiec, to fachowiec. Widzi lepiej. W ciągu 5 minut podejmuję decyzję. Ostateczny wybór padł na oprawki Prady („Diabeł ubiera się u Prady” – czy to freudowski zbieg okoliczności?). Podobały mi się, bo są kolorowe, a ja uwielbiam, żeby był kolor. Stonowana klasyka, to nie ja. Te są czerwone, z szaro-biało-czarnymi zygzakami. Kształt inny niż moje poprzednie okrągłe okulary. Po historii z małą dziewczynką [opisuję ją poniżej], która zaliczyła mnie do staruszek (a podejrzewam, że okrągłe okulary na nosie mogły odegrać w tej ocenie jakąś rolę), stwierdziłam, że potrzebuję odmiany. Nowe oprawki to tzw. model kocie oczy, ale delikatnie, bo przecież do kociaków już się nie zaliczam. Wiadomo, jaki wiek, takie kociaki. Teraz pozostaje mi tylko poczekać około 2 tygodni na odbiór. No i zobaczymy, czy będę miauczeć czy mruczeć. Póki co, kotek wygłaskany.

Lista salonów optycznych biorących udział w akcji „Czas na wzrok 40+” na stronie www.czasnawzrok.pl   Kampania potrwa do końca 2018 r.

 

A oto moja historia z małą dziewczynką: „Wracam w piątek z zakupów. Ponieważ nie cierpię targać siat, więc od jakiegoś czasu korzystam z wózeczka na kółkach, no cóż :-) Było zimno, miałam na sobie długą, puchową szubę, czapkę na głowie i okrągłe okulary na nosie. Podchodzi dziewczynka, na oko 10-letnia.
– Proszę pani, ja byłam tutaj w klubiku dla dzieci, czy może mnie pani odprowadzić do domu?
– Ale co się stało? – pytam.
– No bo tata mi mówił, że są panie i panowie, którzy porywają dzieci z ulicy. Ale s t a r u s z k i to chyba tego nie robią…? I patrzy się na mnie czujnie.
Moje nierdzewne ego rozbiło się z hukiem o bruk. Jak żyć?!”

Share
Napisane przez Nierdzewna